30 kwietnia 2016

ETAPY TWORZENIA: Portrety z przyborami


MARCYSIABUSH


Portret przedstawiający Marcysiębush z artystyczne-ciekawostki.blogspot.com
Format: A4, papier Daler Rowney Earthbound
Przybory: Kredki Faber-Castell Polychromos, biała kredka Derwent Coloursoft, ołówek Steadtler Mars Lumograph 8B, biała ekolina Talens, biały marker akrylowy Derwent Graphik.
Czas: 10 godz.
Data narysowania: styczeń 2016r.



AUTOPORTRET Z PRZYBORAMI

Autoportret, na podstawie zdjęcia sprzed 2 lat.
Format: A4, papier Daler Rowney Earthbound
Przybory: Kredki Faber-Castell Polychromos, Derwent Coloursoft, ołówek Steadtler Mars Lumograph 8B, biała ekolina Talens.
Czas: 11 godz.
Data narysowania: luty 2016r.






P.S. A już jutro nowa notka C:

12 kwietnia 2016

10 przyborów, o których mogliście nie wiedzieć

Dzisiejsza notka poświęcona jest różnym przyborom i akcesoriom, mniej lub bardziej znanym oraz mniej lub bardziej potrzebnym rysownikom. Traktujcie ją w ramach ciekawostki :)

1. Kolorowe wkłady do ołówków automatycznych

 

Oprócz standardowych wkładów do ołówków automatycznych, czyli bardzo cienkich rysików wykonanych z grafitu, różniących się od siebie miękkością [2B-2H] i grubością [od 0,35-1mm], na rynku przyborów plastycznych istnieją także kolorowe wkłady o standardowej grubości 0.5mm. Wkłady takie dostępne są w podstawowych kolorach, jak niebieski, zielony, czerwony, ale myślę, że gdzieś dałoby się upolować inne kolory :D Mogą się przydać do rysunków technicznych, jak i artystycznych [do wykonana detali, z którym nie poradziłaby sobie zatemperowana do szpica kredka]. Produkowane są m.in. przez firmy Steadtler i Faber-Castel, sprzedawane w plastikowych opakowaniach po 12 sztuk.

Cena: od 8zł wzwyż.

2. Kolorowe wkłady Colorama 

 

Większą wytrzymałość [ze względu na grubość rysika - 2mm] oraz niższą cenę oferuje Koh-I-Noor w postaci kolorowych wkładów do ołówków automatycznych Versatil. Możemy je nabyć w kolorach żółtym, czerwonym, niebieskim, zielonym oraz czarnym [widziałam też kiedyś brązowe]. Długość rysika: 12cm. Są sprzedawane w opakowaniach po 6 sztuk w opcjach: 6 sztuk jednego koloru lub mix 6 kolorów.

Cena: 3,50 - 4,50zł









3. Strugaczka do ołówków automatycznych


Zaskakujące, ale jednak coś takiego istnieje! Temperówka do ołówków automatycznych przeznaczona jest do wkładów o grubości 2mm, czyli pasujących do takich ołówków, o których wspominałam w poprzednim punkcie. Powiem wprost: piszę o tym malutkim akcesorium raczej w ramach ciekawostki, niż w celu zachęcenia Was do nabycia go jako niezbędnego przyboru. Otóż, jak wspominałam przy okazji Garści przydatnych porad, metalowa końcówka ołówka Versatil jest odkręcana. Po nałożeniu jej na wkład, należy nią kręcić. Ostrza zatemperują go.
Jedyna przewaga tej specjalnej temperówki nad tą załączoną do ołówka: jest większa, a więc bardziej poręczna przy struganiu.

Cena: ok. 3zł - 15zł [ta wyższa cena to za firmową strugaczkę z pojemnikiem Faber-Castell]












4. Kolorowe wkłady do kubusia



Kubusiami zwane są ołówki automatyczne Versatil o średnicy wkładu 5,6mm. Szczególnie przydatne są przy kolorowaniu większych obszarów lub pracy na dużych formatach. Wydaje mi się, że są też niezwykle przydatne, kiedy udajemy się w podróż, a nie mamy za dużo miejsca na przybory, a planujemy tworzyć - weźmiemy ze sobą kubusia oraz miks wkładów i będziemy mieć wszystko, co nam potrzeba, bez zajmowania miejsca w plecaku czy walizce. Istnieje naprawdę bogata oferta wkładów do kubusiów. Są to pakowane po 6 sztuk: 
  • grafity różnej miękkości
  • węgiel w różnych miękkościach
  • srebrne kredki
  • złote kredki
  • metaliczne [różne kolory]
  • białe wkłady pastelowe
  • sepia [jasna i ciemna]
  • sangwina
  • różne miksy 
Wkłady do kubusia produkują firmy Koh-I-Noor oraz CretaColor, z czego te pierwsze są tańsze.

Cena: od 6 - 16zł.




5. Grafit w proszku

Sproszkowany grafit ma szerokie zastosowanie: może zostać użyty do konserwacji metali [wyrób smarów], do wyrobu naczyń ognioodpornych... ale dla nas, rysowników, może stanowić przydatną rzecz, pomagającą w wypełnianiu kartki na gładko. Sproszkowany grafit, równo nałożony i rozprowadzony za pomocą wiszera, patyczka higienicznego lub waty może dać ładne, jednolite tło na rysunku. Nie trzeba cieniować ołówkiem, co zajmie trochę czasu, tylko sypnąć oszczędnie grafit na kartkę i kolistymi ruchami wcierać.
Grafit w proszku oferują firmy m.in. Koh-I-Noor, CretaColor. Jest dostępny w mniejszych lub większych opakowaniach.

Cena: od 10zł wzwyż.












6. Blender pen Derwent do kredek i ołówków


Oprócz standardowego blendera do kredek w ołówku, Derwent posiada alternatywę w postaci blendera w pisaku, sprzedawanego w blistrze zawierającym 2 sztuki o różnych grubościach końcówek: cienkiej [2mm, brązowa] oraz grubej [4mm, biała]. Celem tych blenderów w pisaku też jest wygładzenie kolorowania i ułatwienie mieszania kolorów, a także wygładzenia cieniowania wykonanego grafitem.
Niestety nigdzie nie znalazłam informacji o zawartości składu blendera, ale musi być w nim jakiś rodzaj rozpuszczalnika. Końcówki blenderów są ponoć twarde i nieelastyczne. W czasie pracy pigment z kredki przyczepia się do nich, ale można je oczyścić, pocierając nimi o kartkę.
Osobiście nie testowałam [jeszcze? :D] tych blenderów, a opinie, które czytałam w Internecie, są mieszane. Od zachwytów po głosy pełne rozczarowania. Jedni chwalą to, że świetnie wygładza kolorowanie kredkami,  inni narzekają, że wcale tak idealnie nie blenduje rysunku, a co więcej, szybko się zużywa.

Oto oficjalny filmik Derwenta oraz przykłady rezultatów użycia blenderów autorstwa blogerki z s447494503.websitehome.co.uk. Na filmiku efekt gorszy, na zdjęciach lepszy. Może to kwestia papieru lub kredek?

Cena: ok. 14zł





[napisy na obrazkach: L: Ołówek, z, bez (blendera) P: Kredka, bez, z (blenderem)]

 

 

7. Tarka kwadratowa do węgli i grafitów Derwent

I jeszcze jeden produkt marki Derwent, tym razem coś dla zapalonych pastelistów. To nieco dziwnie wyglądające akcesorium to tarka kwadratowa do węgli i grafitów [ale również do pasteli o kwadratowym przekroju]. Tarka ma postać sześcianu, na którego ścianach znajdują się różnej grubości rowki. Ich celem jest wykonanie wyżłobień w sztyfcie węglowym, pastelowym lub grafitowym, co może dać ciekawe efekty - jakie, można zobaczyć na oficjalnym filmiku znajdującym się poniżej.
Moja szczera opinia? Nie jest to niezbędne akcesorium. Może i daje interesujący efekt, który nieco ciężej byłoby uzyskać własnoręcznie, ale  czy często byłoby używane? Nie mówię, że jest bezużyteczne, nie. Myślę, że przyda się osobom głownie rysującym węglem lub pastelami i świetnie się nada do bardziej abstrakcyjnych prac lub pasiastych teł, ale dla osoby rzadko korzystającej z tych technik... niekoniecznie :D

Cena: od 12zł wzwyż.
 

 

 

8. Markery białe i metaliczne Pen Touch 

 

Absolutny faworyt dzisiejszej notki, testowany i uwielbiany przeze mnie: markery Sakura Pen Touch. To seria markerów olejnych w różnych kolorach, ale skupię się tu na kolorze białym oraz kolorach metalicznych [srebrnym, złotym i miedzianym]. Są dobrze kryjące, można nimi pisać i rysować na różnych powierzchniach: kartonie, papierze, kamieniu, drewnie, plastiku, metalu [poza tkaninami; na szkle i ceramice są z kolei mało trwałe]. Są wodoodporne i światłotrwałe. Dostępne w 2 wersjach i 5 grubościach:

  • Pen Touch z okrągłą końcówką: 0,7mm, 1mm oraz 2mm
  • Pen Touch Calligrapher ze ściętą końcówką: 1,8mm i 5mm

Wszystkie z tych markerów nadają się do ozdabiania kartek, zaproszeń, albumów ze zdjęciami, notatników, pamiętników, scrapbooków, a także do rysunków i obrazów! Żadna metaliczna kredka nie da tak wyrazistego błysku i koloru, jak Pen Touch [uwaga: lepiej nie stosować tego markera na cienkich kartkach ksero/z drukarki]. Przy pomocy serii Calligrapher można tworzyć piękne napisy pismem kaligraficznym.


Wspomniałam o białym markerze i pewnie zastanawiacie się, czy mógłby zastąpić biały żelopis. I tak, i nie. Jak mówiłam, lepiej nie stosować go na cienkich kartkach, bo może trochę przemoknąć. Kryje dobrze, ale lepiej radzi sobie biały żelopis Sakura Gelly Roll lub marker akrylowy Derwent Graphik, które są również bardziej precyzyjne [bo najcieńszy Pen Touch ma 0,7mm grubości, a żelopisy i marker Derwent 0,5mm]. Jednakże marker ten nie przerywa, ciągle dozuje odpowiednią ilość tuszu. Sprawdza się na ciemnych i czarnych kartkach. Pen Touch nadaje się do nieco grubszych kartek, rysunków na większym formacie lub rysunków kredkowych [tusz jakoś się zatrzymuje na warstwie kredkowej bardziej niż na grafitowej].

Polecam filmik Drychy z drycha.com. Pokazuje ona wiele zastosowań tych markerów. Jeśli chcecie, mogę napisać o nich coś więcej. Chcecie? :D


Cena: 10-13zł.

9. Pisak pędzelkowy Kuretake Art & Graphic Twin


Pisak pędzelkowy Art & Graphic Twin, japońskiej firmy Kuretake, występuje w naprawdę dużej gamie kolorów, bo nabyć możemy aż 80 kolorów + blender! Już śpieszę wyjaśnić, czym ten pisak jest i co potrafi. Posiada bardzo dobrze napigmentowany tusz na bazie wody, co oznacza, że intensywne linie, które nim postawimy, można rozmyć wodą, uzyskując efekt akwareli! Ma dwie końcówki: twardą okrągłą o średnicy 0,8mm oraz większą, pędzelkową, która jest bardzo elastyczna i która to właśnie stanowi o wyjątkowości tego produktu :) Ta gumowa końcówka umożliwia tworzenie linii o różnej grubości - od cienkich, wykonywanych za pomocą koniuszka, po grubsze, rysowane przy większym docisku pędzelka do kartki. Może więc imitować prace tworzone digitalowo, które również czasem rysowane są zmiennej grubości kreską.
Sama posiadam tylko czarny pisak, więc nie mogę z autopsji wypowiedzieć się co do mieszalności kolorów, ale opinie, które znalazłam na ich temat, potwierdzają taką możliwość :) Dodatkowo w sprzedaży jest blender.
Pisaki Kuretake można wykorzystać do tradycyjnej ilustracji, tworzenia komiksów, mangi, wzbogacenia prac akwarelowych, pisania ozdobnym pismem, kolorowania popularnych teraz kolorowanek dla dorosłych, a nawet do pokrywania stempli gumowych [zamiast tuszu w pieczątce]. Możliwości jest naprawdę wiele!
Bardzo polecam Wam szczegółową recenzję tych pisaków autorstwa Drychy - tutaj link - oraz filmiki pokazujące ich zastosowanie I i II [autorstwa Śliwka Art i Evgenyi]. Jeśli kiedyś nabędę więcej kolorów Art & Graphic Twin, pewnie zrobię ich własną recenzję, choć nie wiem, czy dorównam Drysze :) Póki co mogę powiedzieć, że to bardzo fajny przybór. Faktycznie kolor tuszu jest intensywny, końcówką pędzelkową można wykonywać linie różnej grubości [a nawet za jednym pociągnięciem można zmieniać grubość]. Jedyna wada: w trakcie rysowania końcówką pędzelkową brudzi ona palec, na którym się opiera. Oczywiście można chwycić pisak wyżej, ale to zmniejsza kontrolę nad precyzją rysowanej kreski.

Cena: ok. 10zł.

Moje prace, do których użyłam pisaka Kuretake:

http://www.ilojleen.bulwaria.info/photo/516/Anio%C5%82ekhttp://www.ilojleen.bulwaria.info/photo/517/Czkawka

Poniżej: 1) pisaki rozmyte wodą 2) pisaki nierozmyte wodą 3) odbitka ze stempla.
Niestety nie znalazłam autora/ów prac, to obrazki przykładowe zamieszczone na stronie Kuretake.




10. Pisak do kaligrafii Sakura Calligraphy Pen


Chcielibyście nauczyć się pisma kaligraficznego, by móc wkomponowywać w swoje prace rysunkowe ładne napisy lub ozdabiać swoje pamiętniki, ręcznie robione kartki etc., ale nie wiecie, czy kaligrafia jest dla Was i od czego zacząć? Obawiacie się zainwestować w drogie pióro albo nawet tańszą wersję, czyli samą obsadkę ze stalówką [choć to tak naprawdę niedroga sprawa, najtańsza obsadka i stalówka razem kosztują ok. 8zł, a bywają i zestawy z jedną obsadką i kilkoma stalówkami za ok. 10zł, czyli wcale nie tak drogo]? Wówczas zachęcam Was do kupna pisaka do kaligrafii. Wszystkie tego typu pisaki mają ściętą końcówkę, która pozwoli na automatyczną zmianę grubości liter poprzez odpowiednie ustawienie pisaka. Istnieją różne grubości i kolory pisaków, które produkowane są przez różnych producentów. Ja posiadam pisak Sakura Calligraphy Pen w kolorze czarnym o grubości 2mm. Dobrze sprawdza się na gładkim, śliskim papierze. Na gładkim, ale śliskim, momentami zostawia szarpany brzeg linii. Zaś na fakturowanym kiepsko się nim pisze :P

Tu moje pierwsze próby ogarnięcia pisania tym przyborem. Rezultat: nie jest najgorzej, ale mogłoby być lepiej xD Pisak sprawuje się fajnie, pozostaje tylko kwestia wyćwiczenia takowego pisma.

Cena: 6-7zł.





Jak Wam się podoba taka notka? Czy poznaliście jakieś nowe przybory, czy ten post nie jest dla Was z żaden sposób odkrywczy? :D Ktoś stosował któreś z wymienionych rzeczy?


    1 kwietnia 2016

    Faber-Castell Polychromos - recenzja kredek


    Kiedy parę lat temu postanowiłam zainwestować w porządny zestaw kredek i, jak to wówczas określiłam, wprowadzić trochę koloru do mojej twórczości, zaczęłam od przeglądnięcia internetowych for, by zapoznać się z opiniami rysowników i dowiedzieć się, które kredki polecają. Najczęściej wymieniane były Prismacolor oraz Faber-Castell Polychromos. Wówczas moją kieszeń nie było stać na duży zestaw żadnej z tych firm, więc postawiłam na zestaw 72 kolorów Derwent Coloursoft, które oceniano na tańszy [o połowę], ale równie dobry substytut stworzonych na bazie wosku Prismacolorów. Moje marzenia o Polychromosach [na bazie oleju] nie znikły, a wręcz przeciwnie, wzmocniły się, gdy widziałam kolejne prace wykonane przy ich pomocy. Szczęśliwie ziściły się, kiedy wygrałam konkurs Debutonu i sklepu plastycznego - otrzymany bon przeznaczyłam częściowo na nagrody w konkursie "Wesoła babuszka" oraz na kupno upragnionych kredek Polychromos ♥ Byłam przeszczęśliwa, ale wstyd się przyznać, gdzieś w głębi serca wiedziałam, że uszczęśliwi mnie dopiero zestaw 120 kredek. Tak... jeśli chodzi o przybory plastyczne, wciąż mi mało... :x Dopiąć swego udało mi się na początku tego roku i muszę przyznać, że miałam masę szczęścia, kupując zestaw 120 kolorów po promocyjnej cenie i jeszcze przed ogólną podwyżką cen produktów Faber-Castell :D
    Tyle - przydługim - tytułem wstępu. Czas na konkrety!


    Faber-Castell Polychromos


    Kredki Faber-Castell Polychromos to seria z imponującą, ponad 100 letnią tradycją! Została stworzona przez firmę Faber-Castell w 1908 roku. Nazwa kredek oznacza "wiele kolorów", i cóż, można powiedzieć, że już wiek temu nie była to nazwa na wyrost: oryginalnie pełna paleta barw obejmowała 60 kolorów, czyli całkiem satysfakcjonującą liczbę!





    Na przestrzeni stu lat zmieniono recepturę, wedle której tworzono kredki Polychromos - stało się tak ze względu na dostępne na rynku pigmenty oraz ich producentów. Jednak jak zapewnia firma Faber-Castell, jakość pozostała niezmienna. Podejrzewam, że tylko nieliczni mogą potwierdzić lub zaprzeczyć temu stwierdzeniu, bo z pewnością zestawy nawet sprzed II Wojny Światowej to  białe kruki!


    Obecnie kredki są więc tworzone na bazie innych pigmentów, ale podstawą wciąż jest olej [pochodna soi warzywnej]. Całkowita gama kolorów to aż 120 kredek [tak samo bogatą paletą barw mogą pochwalić się nieliczne marki, np. Derwent - seria Artists ma tyle samo kolorów]. Każda kredka to kolorowy wkład o średnicy 3,8mm otulony solidnym drewnem z kalifornijskiego cedru, wielokrotnie lakierowanym. Trzon kredki [17,5cm długości, ok. 8mm średnicy, okrągły przekrój] odzwierciedla jej kolor, co nie tylko ładnie wygląda w opakowaniu [gdy wszystkie kredki tworzą tęczę :D], ale też pomaga w szybkim odnalezieniu pożądanego koloru. Na trzonku znajduje się nazwa firmy, kraj pochodzenia, jakieś znaczki, których nie jestem w stanie rozszyfrować, skrót SV [potem go wyjaśnię], mała miniaturka walczących rycerzy [taka jak na opakowaniu kredek] nazwa serii, koloru w języku niemieckim oraz angielskim, numer koloru oraz wąski, złoty paseczek [taka otoczka to element charakterystyczny wielu kredek oraz ołówków, podobnie oznaczone są przybory Koh-I-Noor, Derwent]. 

    Zanim przejdę do części najważniejszej [czyli I JAK SIĘ TYMI KREDKAMI RYSUJE?! :D], jeszcze tylko parę słów na temat etui i gamy kolorów Polychromosów. Bez względu na liczbę kredek w zestawie, każde opakowanie prezentuje się tak samo. Wszystkie komplety [12, 24, 36, 60, 120 kredek] znajdują się w metalowych, ciemnozielonych kasetkach [jest też zestaw 36 kolorów w kartonowym opakowaniu i 120 kolorów w drewnianej kasecie]. Górna pokrywa opakowania ozdobiona jest rysunkiem dwóch pojedynkujących się jeźdźców, czyli motywem charakterystycznym dla tej niemieckiej marki. Widnieją również zdjęcia kredek Polychromos oraz nazwa i logo firmy. Estetycznie, skromnie... a może nawet za skromnie - rysunek, choć bardzo dynamiczny i interesujący, nie przedstawia pełnych możliwości tych kredek. Ale to tylko opakowanie - kredek nie ocenia się po nim, podobnie jak książki po okładce :) Z tyłu mamy wymienione cechy kredek, listę kolorów i parę innych informacji.


    Metal, z którego wykonano kasetę, jest wytrzymały. Niestety o ile uwielbiam produkty Koh-I-Noor, w tym kredki z serii Polycolor, to ich opakowania są delikatne i podatne na uszkodzenia, a nawet na gięcie. Tymczasem Faber-Castell zadbał o solidność produktu, kaseta nie ugina się we wszystkie strony, jak opakowania kredek Koh-I-Noor. Również wkładki z przegródkami na kredki [jest ich 3 w zestawie 120 kredek, 2 w zestawie 60] są bardzo dobrze wykonane. Grubszy plastik nie ugina się pod ciężarem przyborów, a dodatkowo jest od dołu podklejony cienką gąbką, by spód wkładki nie uszkodził kredek, np. nie zdarł lakieru z trzonka.


    W największym komplecie na krótszych brzegach wkładek są specjalne uszy-gumki, dzięki którym można z obu stron podnieść wkładkę bez obawy o rozsypanie kredek. W zestawie 60 kolorów są wgłębienia we wkładce na kształt uchwytów. Pozostałe, mniejsze zestawy mają wkładki bez uszu, ponieważ nie ma potrzeby ich wyciągania. Waga całości, czyli pudełka i kredek zależy oczywiście od ilości przyborów i wielkości kasetki. Zestaw 36 kolorów jest zgrabny i elegancki, dużo nie waży. Zabiera mniej miejsca i jest lżejszy, niż komplet 36 przyborów Derwenta.

    Zestaw 36 kredek
    Do każdego kompletu dołączona jest ulotka w formie kilkustronicowej książeczki z informacjami dotyczącymi firmy Faber-Castell oraz informacjami na temat kredek Polychromos, jak również wskazówkami co do ich użycia. W zestawie 120 kredek powinna być też płyta CD z dodatkami, ale ja jej nie dostałam :c

    A teraz zaglądnijmy do środka :> Tak zachwycająco prezentuje się rozłożony zestaw 120 kolorów ♥ Aż żal mi było zacząć go używać :D


    A tak wygląda użytkowany już zestaw 36 kolorów:



    Seria Polychromos obejmuje aż 120 kolorów. To chyba najbardziej rozbudowana gama kolorystyczna, razem z Derwent Artists i Derwent Studio. Każdy z "podstawowych" kolorów [piszę w cudzysłowie, ponieważ podstawowe barwy to cyjan, magenta i żółty, a mam na myśli okrojony zestaw kolorów, jak np. w przypadku małych kompletów: żółty, pomarańczowy, czerwony, różowy, fioletowy, brązowy, niebieski, zielony...] ma około 10 odcieni. Naturalnie w mniejszych zestawach Polychromosów nie ma aż tak bogatego wyboru, liczba odcieni danego koloru jest mniejsza, ale w zestawie 36 kolorów i tak jest całkiem przyzwoita. 

    Pełna gama barw: 120 kolorów

    Nieukończony [na razie!] fanart Wiedźmina: portret Triss,
    wykonany kredkami Polychromos.
    W pełnej gamie kolorów jest kilka odcieni cielistych, które nazywają się Light Flesh, Medium Flesh oraz Dark Flesh. O ile dwa pierwsze faktycznie przydały mi się do kolorowania twarzy, to Dark Flesh to nieco cukierkowy róż, nadający się bardziej np. do uszminkowanych ust. Bardziej użyteczny jest natomiast kolor nazwany Cinnamon. Niestety kolorów tych brakuje w zestawach 12, 24 i 36 kolorów, a nawet 60 [tam jest tylko Medium Flesh]... Trochę kiepskie rozwiązanie, tym bardziej, że Polychromosy ciężko dostać na sztuki... :( W mniejszych od 120 kompletach nie ma też kolorów metalicznych [srebrnego, złotego i miedzianego], ale to żadna strata, co wyjaśnię później. Pomimo tak dużej gamy kolorów, brakuje np. chłodnego bladego różu [kolor Pink madder lake jest dla mnie zbyt intensywny, by sklasyfikować go na blady]. Reszta kolorów jest dosyć satysfakcjonująca, kolory są żywe, intensywne, mają odcienie ciepłe i zimne, jasne i ciemne, nawet odcieni szarości jest 12!
    Choć przyznam, że niektóre barwy są do siebie trochę zbliżone.
    Bardzo zawiodły mnie kolory metaliczne. Najpierw się ucieszyłam, bo mam niby srebrną i złotą kredkę [z serii Faber-Castell Eco], ale nie miałam dotąd miedzianej! Okazało się, że są twardsze niż pozostałe kolory w zestawie, ale nie stanowiłoby to problemu [i tak nie mieszałabym ich z innymi kolorami], gdyby nie fakt, że beznadziejnie rysują. Kolory złoty i miedziany wychodzą szarawe, na gładkim papierze w ogóle słabo je widać, jedynie srebrny daje radę, kiedy mocno dociska się rysik do kartki.

    Podsumowując paletę barw: zestaw 120 kredek to komplet dla osób, które będą chciały tworzyć prace o zróżnicowanej gamie kolorystycznej lub takich leni, jak ja, którym nie chce się mieszać kolorów :P xD Tak dużą gamą kolorów można rysować wszystko: samochody, portrety, zwierzęta, martwą naturę, architekturę, pejzaże... co dusza i ręka zapragnie zapragnie :P

     Wzornik kolorów 36 kolorów [niestety zapomniałam o jednym :P Postaram się to uzupełnić!]
    W tym miejscu powinnam jeszcze wspomnieć o światłotrwałości tych kredek, czyli odporności kolorów na blaknięcie pod wpływem działania promieni słonecznych lub sztucznego światła. Otóż Polychromosy w większości oznaczone są trzema gwiazdkami, czyli maksymalną światłotrwałością. Jest też trochę kredek o oznaczeniu **, a oznaczenie * mają nieliczne kolory [głównie fiolety]. Niemniej jednak producent zarzeka się, że nawet jednogwiazdkowe wykazują dużą światłotrwałość: Polychromosy są "niedoścignione" w tej kwestii. Gdybyście chcieli sami przekonać się, jak światło działa na wyeksponowane nań rysunki, spójrzcie na tę stronę. Dodatkowo, tu jest wykaz kolorów i oznaczenia światłotrwałości [źródło: blog Lianne Williams]. Dla mnie światłotrwałość nie ma większego znaczenia, gdyż wszystkie swoje prace przechowuję w koszulkach w segregatorze.



    Przejdźmy do najważniejszej części, czyli jak rysują sławne Polychromosy! Dla mnie... są to kredki idealne ♥ Dlaczego? Otóż wieloletnie doświadczenie z rysowaniem ołówkami zrodziło we mnie przekonanie, że perfekcyjne kredki powinny być jak ołówki, tyle, że kolorowe. Czyli łatwo wymazujące się, dające się zastrugać do ostrego szpica, dobrze pokrywające pory kartki, można nakładać bardzo dużo warstw na siebie, nie za twarde, nie za miękkie, najlepiej jak ołówek 2B lub 3B. Bardzo polubiłam kredki Derwent i Koh-I-Noor, które kupowałam lub otrzymywałam na przestrzeni ostatnich lat, ale nie spełniały dokładnie wszystkich tych warunków. Zaczęłam wierzyć, że moje wymagania są wygórowane i nie ma takich kredek, jakie sobie wymarzyłam. A potem w moje ręce trafiły kredki Faber-Castell Polychromos i moja ekscytacja sięgnęła zenitu :D
     
    Kredka Polychromos zatemperowana do szpica
    Zużycie rysika po pokolorowaniu okręgu
    o średnicy mniej więcej 3cm.
    Zacznijmy od miękkości. Wiele miękkich kredek [takie preferuję], z którymi miałam doświadczenie, nie dało się zastrugać do bardzo ostrego szpica, a idealne pokrycie kartki, bez widocznych białych porów, takiego szpica wymaga. Trzeba było więc trochę popracować nad zniwelowaniem porów, często temperując kredkę w celu utrzymania szpica - miękkie kredki bowiem szybciej się zużywają. Niektóre bardzo szybko, niektóre trochę wolniej. Kredki Polychromos można je przyrównać do ołówka 3B - są umiarkowanie miękkie, ale nie za miękkie ani za twarde. Są twardsze niż kredki KIN Polycolor/Mondeluz/Progresso czy Derwent Coloursoft/Drawing, ale miększe niż Derwent Artists [za wyjątkiem kolorów metalicznych, one przypominają miękkością Derwent Artists, ewentualnie ołówek B]. Da się je zastrugać do ostrej końcówki, która dokładnie wypełni pory kartki, nie pękając przy tym [Derwent Coloursoft, Derwent Drawing, Koh-I-Noor Mondeluz miały z tym problem]. Nie zużywają się szybko - powiedziałabym, że tempo jest umiarkowane [wolniejsze niż w przypadku miękkich kredek, które wymieniałam], do przyjęcia ;)

    Poniżej przedstawiłam jak zachowują się kredki różnych firm na gładkim i na fakturowanym papierze. Każdy okręg kolorowałam dobrze zatemperowaną kredką i w czasie wypełniania nie "podstrugiwałam" kredki na nowo do szpica. Jak łatwo można zauważyć, kredka Polychromos najlepiej pokrywa papier i wypełnia jego pory, najsłabiej mięciutka Derwent Drawing.

    Górny rząd: gładki papier z drukarki; dolny rząd: papier akwarelowy Canson Student

    Dzięki swojej umiarkowanej miękkości połączonej z dużym napigmentowaniem wkładu, kredki pozostawiają intensywny kolor na gładkich, jak i fakturowanych kartkach [twardsze kredki mają tendencję "żywiej" rysować na szorstkich/fakturowanych papierach, bledziej na gładkich]. Seria Polychromos radzi sobie też na barwionych papierach, w tym na czarnym. Oto porównanie białych kredek, które posiadam/najczęściej używam. Jeśli chodzi o jasność bieli, ewidentnie przoduje Derwent Drawing, ale gorzej wypada, jeśli chodzi o krycie. Biała kredka Polychromos jest może mniej intensywna w porównaniu do Drawing, Polycolor czy Coloursoft, ale lepiej kryje i mocniej, niż Artists.



    Tutaj trochę słabe przedstawienie kolorów z zestawu 12 kredek. Niestety nie odzwierciedla ono dobrze faktycznego poziomu intensywności Polychromosów na czarnym papierze, bo skaner postanowił poświrować, jak to zawsze, kiedy ma do czynienia z czarnym papierem. Kolory są zbyt jaskrawe. Postaram się zaraz albo w weekend zrobić lepszy skan albo zdjęcie, które odzwierciedlałoby rzeczywisty stan rzeczy.

    Istotną cechą idealnych kredek zawsze była dla mnie możliwość nakładania na siebie wielu warstw różnych kolorów. O ile kredki KIN Polycolor nie miały z tym większego problemu [ale zostawiały trochę widocznych porów i trzeba było je wygładzać blenderem, a potem nakładanie kolejnych warstw było trudniejsze], to np. z Derwent Coloursoft trzeba było uważać. Jak wspominałam przy recenzji tych angielskich kredek, trzeba ich się "nauczyć". Wyczuć, w jakiej kolejności nałożyć kolory [częściej jasne na ciemne, nie odwrotnie]. Z kolei kredki Polychromos można nakładać, i nakładać, i nakładać, i nakładać na siebie :D To znacznie ułatwia mieszanie kolorów, szczególnie osobom posiadającym mały komplet.
    Poniżej zrobiłam porównanie pomiędzy kredkami Derwent Coloursoft i Faber-Castell Polychromos. Obu seriom nie można odmówić intensywności kolorów, ani też możliwości nakładania kolorów na siebie przy mocniejszym nacisku. Jednak wiele odkrywa porównanie wykonane w dolnej części obrazka. Delikatne nakładanie koloru niebieskiego na żółty w przypadku stworzonych na bazie wosku Coloursoftów kończy się niepowodzeniem [i to właśnie zasługa wosku]. Kolor nie nakłada się równomiernie, wygląda brzydko. Lepszy efekt przynosi nałożenie jasnego koloru na ciemny. A jeśli chodzi o stworzone na bazie oleju Polychromosy - kolejność nałożenia warstwy nie ma prawie znaczenia, może poza intensywnością koloru [w przypadku położenia żółtego na niebieski, zielony odcień wychodzi intensywniejszy]; pokrycie jednej warstwy przez drugą jest takie samo.

    Cyferki oznaczają kolejność nakładania kolorów. "Ż" = zółty, "N" = niebieski.
    Przy nakładaniu warstw na siebie kredki na bazie wosku [jak D. Coloursoft czy Prismacolor] mają tę przewagę nad kredkami na bazie oleju, iż przy mocniejszym docisku kolory wymieszają się same i dobrze pokryją pory. Przy tych na bazie oleju potrzebny jest blender. Ewentualnie można też pozostawić takie nieprzemieszane kolory - według mnie wygląda to bardzo fajnie, kiedy tak się przenikają :)

    Warto powiedzieć też kilka słów o blendowaniu, czyli mieszaniu/wygładzaniu kolorów za pomocą blendera i białej kredki. Oto, jak wypadł test:
     

    Blendery są bezbarwne, ale mimo wszystko delikatnie wpływają na kolor zakolorowanego obszaru: staje się on jaśniejszy. Ładnie zblendowane zostało koło, na którym użyłam blendera Derwent. Blender Lyra, który kupiłam kiedyś z braku laku [czy raczej z braku blendera angielskiej marki], wciąż mnie rozczarowuje - niby zblendował zakredkowane koło, ale niedokładnie. Jeśli zaś chodzi o mieszanie i wygładzanie koloru białą kredką, lepiej od kredki Polychromos sprawiła się kredka Coloursoft. Jednolicie rozjaśniła i wygładziła koło.
    Chociaż moje doświadczenie pomaga mi unikać błędów w cieniowaniu i kolorowaniu [które doświadczałam w przeszłości] i nie mam potrzeby wymazywania tego, co już narysowałam, to możliwość wymazania czegoś nic nie zaszkodzi, a może się przydać. Jednak wiadomo, że kredki w 100% się nie wymażą... W tym względzie i Polychromosy nie są wyjątkiem, ale ich "wymazywalność" jest mimo wszystko całkiem dobra:

    Od lewej: próba wymazania kredki po mocnym kolorowaniu, po średnim i po bardzo delikatnym.


    Faber-Castell gwarantuje również odporność kredek na wodę. Ponieważ usłyszałam kiedyś, że kredki na bazie oleju można spróbować rozmyć olejem lub rozpuszczalnikiem, postanowiłam zrobić test :> Narysowałam 3 półkola i potraktowałam je 3 wymienionymi cieczami. Rzeczywiście, zwykła woda praktycznie nie naruszyła zakolorowanego obszaru. Odrobinkę, tycią odrobinkę puścił kolor, ale to przez pocieranie. Olej spowodował większe zmiany na papierze, ale delikatne. Zakredkowany fragment generalnie wciąż wyglądał tak samo, ale lekko transparentna plama pojawiła się na czystej dotąd części papieru. Największy efekt, tak jak podejrzewałam, zapewniło użycie benzyny lakowej. Pigment rozniósł się po kartce, wraz z pociągnięciami mojego pędzla. Zwykła kredka przemieniła się w akwarelową, a raczej rozpuszczalnikową ;D Kiedyś spróbuję wykonać na próbę obrazek tymi kredkami, ale rozmytymi benzyną lub terpentyną i dam Wam znać, jak mi poszło [poza tym, że pewnie naćpam się smrodem rozpuszczalnika :P], a jakby poszło znośnie, napiszę tutorial :)


     
    Kredki Polychromos posiadają coś, co się zowie SV Bonding. Za tym tajemniczym skrótem, którego rozwinięciem jest niemieckie słowo "Sekuralverfahren", ukrywa się dodatkowe wzmocnienie kredek. Rysik na całej długości pokryty jest cienką warstwą kleju, który łączy ów wkład z drewnianym trzonkiem. Dzięki temu wkład jest bardziej odporny na pęknięcia i złamania. Daje to także dodatkową ochronę w czasie strugania. Dlatego też ci, którzy się boją, że po upadku z wysokości [np. sturlaniu się z biurka] wkład wewnątrz pęknie, mogą być pewni, że nic takiego się nie stanie. Wiem, bo kilka z moich Polychromosów miało bliskie spotkanie trzeciego stopnia z podłogą, a pomimo to rysik w środku jest cały.
    Choć Faber-Castell podaje informację, że Polychromosy mają 8mm średnicy, pasują one do przedłużaczy marmurkowego CretaColor i czarnego Derwent, które przeznaczone są do przyborów o średnicy 7mm. W srebrnym przedłużaczu Derwent trzymają się za lekko.


    Cena: ok. 5-6zł za sztukę, 500-750zł za zestaw 120 kredek w metalowej kasecie.


    Dostępność:
    • na sztuki [chociaż ciężko je dostać, w Krakowie są w Szale dla Plastyków]
    • w kompletach: 12, 24, 60, 120 w metalowych etui
    • w kartonowym opakowaniu: 36
    • w drewnianej kasecie: 120
    • w zestawie "Mix Media set".



    MOJE PRACE WYKONANE KREDKAMI FABER-CASTELL POLYCHROMOS

    http://www.ilojleen.bulwaria.info/photo/522/Oko
    Moje oko. Wykonane kredkami Polychromos z zestawu 36 kolorów + białą kredką D Coloursoft, ołówkiem Mars Steadtler Lumograph 8B, białym markerem akrylowym Derwent Graphik.


    Portret Marcysibush, wykonany kredkami Polychromos z zestawu 36 kolorów + biała kredka D Coloursoft, ołówek Mars Steadtler Lumograph 8B, biała ekolina Talens, biały marker akrylowy Derwent Graphik.

    Autoportret. Wykonany kredkami Polychromos z zestawu 36 kolorów + kredkami Derwent Coloursoft [biała i 2 brązowe], ołówek Steadtler Mars Lumograph 8B, biała ekolina Talens, biały żelopis.
    Nieukończony [na razie!] fanart Wiedźmina przedstawiający Yennefer. Kredki Polychromos z zestawu 120 kolorów + biały marker akrylowy Derwent Graphik.

    Mały portret Czkawki z "Jak wytresować smoka".
    Kilka kredek Polychromos + biały żelopis Sakura Gelly Roll.

    Podsumujmy tę długaśną recenzję ^^

     Zalety

    • bardzo duża gama barw
    • ładne, żywe kolory, w tym fajne kolory cieliste
    • możliwość nakładania wielu warstw
    • umiarkowana miękkość, która pozwala zastrugać je do szpica, co daje precyzyjność detali i dokładne wypełnienie porów kartki
    • dobrze rysują na gładkich i fakturowanych papierach
    • SV bonding, czyli wewnętrzne wzmocnienie kredek, które zapobiega ich łamliwości
    • możliwość wymazania delikatnego cieniowania

    Wady

    • kolory metaliczne mało intensywne
    • niektóre kolory są do siebie dosyć zbliżone
    • brak koloru cielistego w kompletach 12, 24, 36 i 60 kredek
    • poważna wada: wysoka cena ^^'
    • ciężko dostać je na sztuki 


    Kredki Faber-Castell Polychromos najchętniej poleciłabym wszystkim. Początkującym, i doświadczonym rysowników, ponieważ ich szereg zalet daje ogromną przyjemność z rysowania. Jednak zaporowa cena Polychromosów sprawia, że odradzam je początkującym rysownikom o niewielkich funduszach [mnie samą trochę przetrzepało po kieszeni i zmusiło do wyrzeczeń :x]. Jeśli ktoś zaś ma nieograniczoną kwotę do wydania na kredki, szczerze zachęcam go do kupna tej serii. Idealnym zestawem jest ten największy, zawierający 120 kredek, ale to wydatek rzędu nawet 700zł [jeszcze na początku roku cena za taki komplet wynosiła 550-600zł, niestety z początkiem roku ceny przyborów często idą w górę]... ;___; Ponieważ Polychromosy świetnie się na siebie nakładają, tworząc nowe odcienie, optymalnym rozwiązaniem jest zestaw 36 kredek + dokupione dodatkowo kolory cieliste [Light Flesh, Medium Flesh i Cinnamon] i inne, które będziemy potrzebowali ze względu na nasze indywidualne potrzeby. Takim właśnie kompletem 36 kredek wykonałam moje oko, mój autoportret, portret Marcysibush oraz Czkawki, a efekty są jak najbardziej satysfakcjonujące. 


    Ogólna ocena: 9/10. Uprzedzając pytanie - tak, pokochałam je bardziej niż kredki Derwent Coloursoft lub Koh-I-Noor Polycolor :D


    Szukaj

    Ładuję...
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...